Prawda boli i jest zawiła,
prawda trudna, by ją ubrać w słowa,
nie wszystkie usta gotowe, by ją wyznać,
aby przyjąć niegotowa bywa głowa.
Prawda rani,
bowiem ostra niczym sztylet, bądź miecz,
prawda jest kryształem,
to kłamstwo jest jak ciecz.
Prawda rzuca na kolana,
i karki gnie do ziemi,
prawda jak los, jak wiatr,
bieg życia może zmienić.
Prawda pocałunkiem szczerości,
i zapewnieniem o dobrych zamiarach,
w kłamstwie jak we mgle,
jak w trujących oparach.
Prawda jak moneta,
o nigdy stałej twarzy,
gdy poznasz ją dzisiaj,
nie wiesz co jutro się wydarzy.
Prawda bywa gorzka,
trudno ją przełknąć jak lekarstwo,
lecz kłamstwo choć bywa słodyczą,
w naturze przypomina robactwo.
Słowa nieszczere powstrzymują ciosy,
chronią przed zranieniem,
ostatecznie jednak przywołują ku nam,
nieznośne osamotnienie.
W kłamstwie my sami,
tkwimy najmocniej osadzeni,
lecz gdy jego pancerz pęknie,
zostaniem osądzeni.
Kłamstwo to pokraczny stwór,
choć ma pozory syreny,
złudnie prowadzi do raju,
z miejsca igrzysk i krwawej areny.
Kłamstwo wiele ma barw,
lecz żadnej na stałe nie zdobędzie,
ułudą więc jest,
miej że to na względzie.
Kłamstwo ukołysze twe sumienie,
lecz miast snów pięknych,
da ci koszmary i strach,
obraz kwiatów uwiędłych.
Kłamstwo pokona prawdę,
w nierównej i błahej walce,
w poważnej wojnie jednak,
zwróci honor i koronę westalce.
Nie zawierzaj więc temu,
kto zwycięża na chwilę, by po niej paść,
kieruj się szczerością nawet gdyby bolało,
a nie będziesz musiał kraść.
Każdy chyba zna proste, lecz jakże mądre i trafne powiedzenie: „kłamstwo ma krótkie nogi”. Już samo to winno dać wielu do myślenia. Bowiem kłamstwo jest jak przewinienie. Za przewinienia zaś, kara już czeka w obwodzie. I czas nie ma tu nic do rzeczy. Czas kapryśnym jest towarzyszem, kpiarzem, który może nie kłamie, ale nie zdradza prawdy, nawet poproszony. Albo też odwleka moment spowiedzi tak długo, aż rzeczona kara sama zapuka do drzwi tych, co ją zaprosili.
Kłamstwo brzmi kusząco, dlatego zwodzi z taką łatwością. Kłamstwo brzmi tajemniczo, więc nie musi się starać, by zwabić do siebie ludzi. Kłamstwo brzmi jak gorsza wersja obietnicy. Zadowalająca mimo to, w wielu przypadkach. Kłamstwo jest okazją do uzyskania wszystkiego, czego pożądamy.
Załóżmy, że kłamstwo pospolite, to małe obrzydliwe stworzonko, które ślini się na ramieniu wielu ludzi. I choć bruździ, choć robi bałagan, owi ludzie nie próbują się go pozbyć. Tylko, dlatego, że ma przyjemny głos i potrafi się ładnie wysłowić. Załóżmy, że kłamstwo nosi elegancki kostium arystokraty, który jednak pod połami płaszcza jest przeżarty przez zgniliznę. Kłamstwo wypowiadane w złej wierze, bywa głosem naszego egoizmu, zawiści, zachłanności. Miewa hedonistyczną naturę, która nie uznaje cudzego dobra ani przyjemności. Myśli tylko o sobie, o własnych korzyściach.
Ale to na innym rodzaju kłamstwa należałoby się skupić. Bowiem to, co jest tylko i wyłącznie kłamstwem, jest zbyt proste, by poświęcać temu więcej, niż jedną ubogą myśl.
Na więcej uwagi zasługuje kłamstwo wypowiadane w „dobrej wierze”. Często, bowiem ma ono na celu oszczędzić komuś cierpień, żalu, rozczarowań. Okłamujemy bliskich, używając naiwnych tłumaczeń, że to z miłości, że to z troski o nich. O ich niepotrzebne łzy, o niebezpieczne ukłucia w sercu, o ból głowy i rozpacz. Kłamiemy, bo po prostu chcemy kogoś uszczęśliwić, komuś pomóc, sprawić, że ktoś się uśmiechnie, nawet, jeśli dopiero, co płakał. Kłamiemy, bo to coś w rodzaju mniejszego zła, bo to półśrodki, lek, który nie leczy, lecz łagodzi objawy choroby. Kłamiemy, bo wiemy, czego ktoś oczekuje, na co liczy, czego pragnie. Kłamiemy, by przynajmniej dać mu złudzenie tego, czego czasem mieć nie może. Kłamiemy w mowie, w geście, w czynie, w myśli. Kłamiemy licząc, że prawda nie będzie dość uparta, by po ciężkiej walce ogłosić swoje zwycięstwo. Gdybyśmy bowiem byli pewni, że i tak jej się to uda, nie imalibyśmy się łgarstw.
Wielu ludzi ma nadzieję, że kłamiąc pomogą i że prawda, choć lepsza, nigdy się nie ujawni. Czuwają nad zachowaniem jej anonimowości. Zapominają jednak, iż wystarczy tylko jedna chwila nieuwagi, osłabienie czujności, a prawda je wykorzysta. Wkroczy dumnie, taranując straże, zastępy maleńkich kłamstewek, które często namnażają się same. Gdyż jedno, pociąga za sobą kolejne. Jak domino. A kiedy runie już cała budowla, na zgliszczach pozostaje jedynie goła prawda. Wówczas świeci jeszcze jaśniej, niż byłoby wówczas, gdyby pozwolono jej się ujawnić na samym początku.
W desperacji ludzie pragnąc coś zatrzymać, choć na kilka chwil, ryzykują definitywną utratę tego, w najgorszy z możliwych sposobów. A zaprzeczając prawdzie, robią krzywdę nie tylko osobie, którą być może chcieli chronić, ale także sobie. Nieświadomie sami wpuszczają do własnego organizmu wolno działającą truciznę. Bo podtrzymywanie kłamstwa jest wyczerpujące. Poważne, przemilczane, lub zaprzeczone przewinienie męczy, odbiera siły. Ostatecznie zabija. Niemniej w przeważającej liczbie przypadków, jest zbyt późno na ratunek, lub chociażby na amputację.
Kłamstwo zawsze niesie ze sobą ryzyko dekonspiracji. A wówczas TA osoba nie będzie brała pod uwagę dobrych intencji. Nie poświęci ani jednej łzy zapewnieniom o do dobrych zamiarach. Wyleje ich za to setki, za złamanym zaufaniem, za poczuciem rozczarowania, za zdradą. Często, bowiem najbardziej szlachetne kłamstwa, nie mają wartości, kiedy porówna się je z zawodem. Jako że złość mija, a rozczarowanie tylko się pogłębia. Rozczarowanie i poczucie żalu karmi czas, karmią myśli, zranione uczucia.
Intencje kłamstwa nie mają znaczenia, liczy się tylko to, co niszczy po drodze, co zatruwa, kaleczy, oszpeca. Kłamstwo potrafi zabić, dlatego każdy człowiek winien zastanowić się, czy jeżeli ma coś stracić, nie warto stracić tego przez prawdę. Winien rozważyć w swoim sercu, czy zdoła znieść kłamstwo. Czy jest na tyle silnym, by nie dać mu nigdy wyznać prawdy. Załóżmy, bowiem, że ono celowo pozwala się sobą wysługiwać. Że uwielbia patrzeć jak płyną łzy, słuchać, jak padają na ziemię. Że kłamstwo wcale nie chce pomagać człowiekowi, lecz ujrzeć jego klęskę. Zupełnie, jak gdyby było myślącą, do cna zepsutą istotą. Dlatego zwodzi i kusi wiedząc mimo to, że w końcu zejdzie prawdzie z drogi.
Lub też rzeczone kłamstwo może być bliźniaczym bratem prawdy, choć o różnych obliczach. I to z ich przyczyny, dajemy się oszukać. Być może oboje ze sobą współpracują zamiast walczyć? Zastanawiał się ktoś nad tym? Może kolaborują razem w inny, niż podejrzewamy sposób? A jeśli tak, wniosek mógłby być zupełnie inny. I mogłoby się okazać, że to nie kłamstwo jest złe, lecz my. Bo przecież to my sami wybieramy. Kłamstwo nie skacze nam do oczu i nie przekonuje byśmy je wybrali. Nasza decyzja jest dobrowolna.
A zatem, jeśli rzeczywiście jest naszym sprawdzianem, jeżeli ma kusić, by nas umocnić, bądź wytknąć nam słabości? W takim razie pozwalamy robić z siebie głupców. Dajemy wodzić się za nos, bo bez względu na to, czy wybierzemy szczerość, czy jej zaprzeczenie, prawda i tak wypłynie. Może, więc kłamstwo ma być przeciwnikiem dla naszej szlachetności. Może ma ją wyzywać na pojedynki i trenować, aż będziemy w stanie pokonać je nawet nie unosząc miecza? Może to anioł, przebrany za gnoma, za małego diablika? Bywa poważny, przekonujący, podczas gdy tak naprawdę, patrzy na nas i śmieje się głośno, kiedy przyjmujemy jego dłoń. Albo też smuci się widząc, że nawet nie usiłujemy się przed nim bronić.
Za ruszenie babcinego ciasta, dostaniemy po łapach. Chodzi, więc też o silną wolę. Zaryzykuje, więc tezę, że kłamstwo również ma ją ćwiczyć. Podobnie, jak nasze poczucie moralności i przyzwoitości. Ma być szansą, ale także karą, jeśli damy się skusić. Kłamstwo nie koniecznie musi być naszym wrogiem. Może jest sprzymierzeńcem, nauczycielem, który będzie napierał na nas tak długo, aż przestaniemy się przed nim cofać.
Czy jesteśmy toteż dość sprytni i mądrzy, by z niego zadrwić? By mu się wywinąć, nie tracąc twarzy? By udowodnić mu, że jesteśmy w stanie wybrać słusznie, bez konieczności ponoszenia okropnych konsekwencji? Czy mamy dość odwagi, by pominąć etap konfrontacji z nim, skłaniając się ku prawdzie już na samym początku?
Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Nie rozpatrując wielkości, ani rangi kłamstwa. Bowiem kłamstwo, kłamstwem pozostanie, nawet, jeśli spróbujemy ubrać je w bardziej eleganckie fatałaszki. Nawet, jeśli je umalujemy i uczeszemy. Nawet, jeśli zmienimy jego imię. Kłamstwo bywa jak łyk słodyczy, który po rozsmakowaniu się w nim, zaczyna przypominać najobrzydliwszy trunek, jaki jest sobie w stanie wyobrazić człowiek. Sądzę, więc, że i ta wiedza mogłaby posłużyć do zbudowania całkiem innej opinii, o istocie kłamstwa. O naszej próbie, sprawdzianie. Należy, bowiem nawet w tym, co z pozoru wydaje się złe, odszukać coś jeszcze. Coś mniej oczywistego. Coś, co zmienia nasz tok myślenia o 180º.
Zakładając, zatem, że kłamstwo jest naszym nauczycielem, możemy być pewni, że jeśli jako jego uczniowie nie zdamy egzaminu, ono nie pozwoli nam odejść bez szwanku. Albo to my pokonamy kłamstwo, albo ono pokona nas. Odbierze wszystko to, co chcieliśmy za jego pomocą zyskać, bądź zatrzymać.
Ryzyko jest więc duże.
