Pod stopami tylko piach,
ziemia spękana lecz nie krwawi,
nie ma w niej już soków,
co świat mogłyby ubarwić.
On już kona.
To tylko kwestia czasu, i to nasza wina,
bo nie opamiętaliśmy się od razu.
Ostre kamienie ranią bose stopy,
brud przenika do krwioobiegu,
nie pamiętam już nawet koloru,
ani czystości śniegu.
Zastąpiły go lawiny śmieci,
umrzemy pod nimi i to tylko kwestia czasu,
wina nasza, bo nie opamiętaliśmy się od razu.
Idę rozpadliną,
wąwozem głębokim i suchym korytem rzeki,
nie pamiętam szmeru wody,
mam wrażenie, że upłynęły już wieki.
Tylko one jeszcze płyną.
Tylko czas nieubłaganie brnie do przodu,
wody nie ma i nie będzie,
pozostało pragnienie,
uczucie pustki i chłodu.
Za życiodajną lekkością,
ssący zapach głodu.
W górę patrzę,
szukam słońca i błękitu,
po którym ów król się przechadzał,
szukam cienia chmur,
co kiedyś nadejście deszczu zdradzał.
Oczy me nie pamiętają,
jak jasno świeciło słońce,
jak ciepłe były jego promienie,
jak przyjemne, kojące.
I nie ma już drzew,
nie ma zieleni i kwiatów,
powietrza brakuje czystego,
lecz nie zdołam go ukraść swemu bratu.
Wszyscy zapłacimy najwyższą cenę,
wszyscy sczeźniemy we własnych odpadkach,
umrzemy młodo ze skargą na ustach,
tak po prostu, nie w wypadkach.
Przyjdzie nam skonać z naszą matką,
co wydawała się być nieśmiertelna,
umrze zniszczona i stara,
słaba, choć kiedyś była piękna.
Czy filmy katastroficzne robią jeszcze na kimś wrażenie? Czy obrazy ukazujące degradację środowiska i przepowiadające jego rychły upadek dają ludziom do myślenia? Czy widząc w kinie, bądź nawet w telewizji film pokazujący skutki naszej głupoty, naszej lekkomyślności, ignorancji, nienasycenia zastanawiamy się nad ich głębszym przekazem? Nad źródłem ich inspiracji? Czy może jednak nie dbamy o to, co się stanie za rok, dwa, czy pięćdziesiąt lat? Czy mówimy: „to tylko jeden śmieć, inni wyrzucają całe mnóstwo”. Usprawiedliwiamy się w ten sposób? Jesteśmy aż tak naiwni, tak próżni zarazem? Naprawdę nie obchodzi nas, czy będziemy mieli, czym oddychać za parę lat? Czy nie będziemy musieli walczyć o każdą kroplę wody, którą teraz marnujemy bez opamiętania? Naprawdę wierzymy, że Ziemia wszystko przetrzyma? Wszystkich ludzi? Wszystkie ich pomysły, ataki, próby zmian, zniszczenia? Czy przeciętny, zwyczajny człowiek naprawdę nie boi się tego, co stanie się ze światem? Naprawdę wierzy, że za jego życia jeszcze wszystko jakoś się utrzyma?
Na ogół nikt nie wybiega w przyszłość tak odległą, choć z drugiej strony nie wiemy, kiedy świat klęknie. A może uodporniliśmy się na podobne doniesienia. Może było już tylu proroków i tyleż przepowiedni o końcu świata, że zobojętnieliśmy na podobne rewelacje. Może dzisiejsza sytuacja obrazuje podobną, kiedy głupiec kilkakrotnie wzywał pomocy, by zadrwić z tych, którzy gotowi byli mu jej udzielić. Kiedy jednak przyszło prawdziwe zagrożenie, nikt nie traktował poważnie nawoływań. Wszyscy sądzili, że ów głupiec znowu stroi sobie żarty. Wystawiał ludzką cierpliwość i dobroć na próby i przez tę lekkomyślność właśnie zginął. Czy i z nami tak jest? Czy przestaliśmy się przejmować? Czy skoro świat nie upadł, mimo, iż już wielokrotnie miał ku temu okazję, będzie trwał nadal? Zdaje się, że wielu ludzi tak właśnie myśli. I na tym polega ich największy błąd.
Mając na myśli jako taki koniec świata, nie widzę wielkiej asteroidy uderzającej w naszą planetę, ani tym bardziej wrogich statków obcych. Nie widzę zagrożenia z, zewnątrz, ale raka wewnątrz społeczeństwa, który trawi Ziemię. Myśląc zagłada – widzę NAS. Widzę nasze nieroztropne działania, egoistyczne decyzje. Widzę chciwość, zaślepienie, pragnienie władzy, posiadania. Widzę brak umiaru we wszystkim, co tylko możliwe. Widzę wybór. Świadomy, dobrowolny wybór zupełnie jak gdybyśmy chcieli własnej zagłady. W końcu do niej dążymy. Świat nie eksploduje jak arbuz, którego ktoś napakował ołowiem. Świat przestanie istnieć, bo to my rozbierzemy go na części. Cegiełka po cegiełce, jak budynek. Już zaczęliśmy to robić. Od najwyższych pięter. Uparcie zdążamy do fundamentów. Robimy dosłownie wszystko, co w naszej mocy, by tylko zabić to, co żyje dla nas i co pozwala nam żyć. Zabijamy własną MATKĘ. Zabijamy Ziemię. Każdego dnia, w każdej sekundzie, ktoś zadaje jej kolejne rany. Niszcząc lasy, polując nie tylko na te rzadkie zwierzęta, zmieniając naturalny system danego terenu. Nie rozumiemy, albo, co gorsza nie chcemy zrozumieć, że eliminując jeden czynnik, jeden maleńki składnik zaburzamy cały porządek. Jeśli wyciągniecie baterie z pilota, bez względu na to, jak bardzo będzie wypasiony, nie będzie działał. W przyrodzie jest podobnie. Pozbywając się czegoś, zaburzamy cały rytm. A jeśli robimy to dostatecznie szybko i często, natura nie ma możliwości przystosować się do wprowadzonych zmian. Nie nadąża za nami. Nie potrafi w porę znaleźć rozwiązania. Zaczyna się gubić, burzyć, buntować. Mało, kto jednak chce o tym wiedzieć. Znów kłania się zasada: „problemu nie ma, jeśli go nie widzę”. Bzdura. Problem jest i co więcej ma się wspaniale. Ignorowany, niekontrolowany robi, co chce. Rośnie, ewoluuje, knuje przeciwko nam. A my egoiści ignorujemy symptomy choroby Ziemi. Pozwalamy jej cierpieć, sami przysparzamy cierpień. Tak naprawdę myślimy tylko o sobie. O doczesności, o najbliższej teraźniejszości. Nie obawiamy się tego, co będzie za kilka lat. Nie dbamy o to, czy nasze dzieci, wnuki, będą mogły swobodnie wyjść na słońce, bez groźby ciężkiej choroby. Czy będą miały z czego żyć. Czy będą wiedziały z autopsji, jakie cuda kryją się we wnętrzu Ziemi, mórz i oceanów. Czy nawet będą mogły pójść do zoo. Niestety istnieje ryzyko, że jedyne zwierzęta, jakie zobaczą to te, wyszukane w Internecie. Jedyny błękit zatoki to ten, na wygaszaczu ekranu. Podobnie czyste niebo, lekkie obłoki, ciepły deszcz, szum drzew. Nie myślimy o tym. Nie dbamy o to, czy nasi potomkowie nie będą umierali jako dzieci, gdy tylko wyjdą z domu i skaleczą się na jakimś śmieciu, jednym z, wielu, jakie być może będą zalegać na placach zabaw.
Człowiek z siłą i szybkością tsunami zajmuje kolejne, nawet te najbardziej niegościnne i trudnodostępne tereny. Zmienia je, niszczy, dostosowuje. Człowiek, choć z łowcy stał się pasożytem wciąż z łatwością eliminuje prawdziwe, piękne i majestatyczne drapieżniki, które jeszcze żyją. Człowiek ze zwierząt, które przodkowie czcili i szanowali, robi sobie torebki, dywaniki, rękawiczki. Człowiek z rzeczy i istot dumnych, szlachetnych robi rzeczy trywialne, tandetne. Człowiek próbuje poprawiać idealne twory natury. Człowiek to jedyna istota, która dąży do zniszczenia swego domu. Która nigdy nie jest zadowolona bez względu na to ile posiada i co.
A gdyby jednak człowiek, każdy z osobna, i ten ważny, znany i ten szary, przeciętny zastanowił się przez moment. Gdyby ów człowiek zmusił się do tego niewyobrażalnego wysiłku, jakim jest dopuszczenie do świadomości nadejścia przyszłości. Gdyby człowiek przeanalizował własne decyzje. Gdyby człowiek naprawdę spróbował być mądry i przewidujący zamiast słodzić sobie i wychwalać własne ego. Gdyby tak człowiek spróbował zobaczyć coś więcej poza czubkiem własnego nosa, bez względu na to jak jest długi.
Natura naprawdę nie wymaga od nas niemożliwego. Nie wymaga więcej niż jesteśmy w stanie dać, czy zrobić. Natura nie każe nam płacić tyle, ile sami od niej bierzemy. Choć może właśnie to, stawią ją na przegranej pozycji. Może gdybyśmy musieli słono płacić za przywileje, jakimi się cieszymy, umielibyśmy je również docenić. Gdyby natura sprzedawała powietrze, nie wycinalibyśmy lasów bez opamiętania. Gdyby natura sprzedawała wodę, oszczędzalibyśmy ją. Gdyby natura sprzedawała ziemię, nie budowalibyśmy wielkich miast i dróg. Gdyby natura sama chroniła przed nami zwierzęta, pragnęlibyśmy je, chociaż oglądać.
Czemu więc tak trudno segregować śmieci, lub wyrzucać je w miejscach do tego przeznaczonych? Czemu łatwiej jest pojechać na odludzie, do lasu i tam wyrzucać wszystko, czego się już nie używa? Czemu tak trudno zasadzić młode drzewko? Czemu tak trudno zakręcić kran, kiedy nie potrzebujemy wody. Czemu ludzie uważają, że zwierzęce futra lepiej wyglądają na kościstych modelkach? I dlaczego drogie panie z taką zawziętością pozbywacie się własnego? Czemu wydajecie tyle pieniędzy na laserową depilację, skoro tak kochacie futra? I w czym sztuczne jest gorsze od naturalnego? Sprawia wam przyjemność świadomość cierpienia zwierząt, które ktoś obdziera ze skóry? Często na żywca? Chciałybyście widzieć, jak zaczyna się proces, który kończy się kupnem nowego płaszcza? Zniosłybyście widok krwi, piski, wrzaski maltretowanych zwierząt? A może wolicie o tym nie myśleć? A może jesteście mniej ludzkie od przeciętnego robaka? Może nie robi na was wrażenia myśl o tych wszystkich potwornościach, o śmierci, jaka czeka wiele zwierząt tylko dzięki wam? Dzięki waszej potrzebie posiadania. Może po prostu do pełni szczęścia potrzebujecie betonu, wysokich budynków, otwartych sklepów, kart kredytowych, wszystkiego, co sztuczne, zimne, hermetyczne?
Pozostaje wam tylko współczuć. Myślicie, że macie wszystko, nie znając jednak zapachu polnych kwiatów, nie znając ptasich śpiewów, dźwięków wiatru pląsającego w zielonych koronach drzew. Nie wiedząc jak smakują dzikie jagody, nie potrafiąc sobie wyobrazić szelestu traw i ich dotyku na bosej stopie. Nie czując spokoju, jakim emanuje szumiący las. Wszystko to świadczy o waszym kolejnym wielkim ograniczeniu, o słabości i uzależnieniu od tego, bez czego nasi przodkowie radzili sobie znacznie lepiej, choć uważacie, że byli tak słabo rozwinięci. Co naprawdę ich uszczęśliwiało.
Ludzie myślą, że ochrona środowiska wymaga od nich niewyobrażalnego wysiłku, krwi, łez, pieniędzy i diabli wiedzą, czego jeszcze. A prawda wygląda nieco inaczej. Zrobisz naprawdę wiele, jeśli przejeżdżając przez las, nie uchylisz szyby tylko po to, żeby wyrzucić papierek po cukierku. Zrobisz naprawdę wiele, jeśli zamiast jechać do sklepu, do którego masz kilkadziesiąt metrów, pójdziesz piechotą. Zrobisz naprawdę wiele, jeśli zamiast prawdziwego futra, wybierzesz imitację. Jeśli oddasz stare radio, telewizor czy lodówkę do miejsca, w którym ktoś się nimi zajmie. Kiedy do lasu pójdziesz na spacer, a nie po to, żeby zakopać czy po prostu wyrzucić stare ciuchy, puszki, słoiki. Wszystko można gdzieś oddać. Wszystko znajdzie swoje miejsce. Poza tym zbieranie śmieci, uczestniczenie w tego typu akcjach naprawdę nie wymaga nadludzkiego wysiłku. Ratowanie świata, od każdego z nas, często wymaga tylko odrobiny chęci i dobrej woli, odrobiny wyobraźni.
Przerażające są te zamknięte, ciasne umysły i ludzie idący przed siebie jak konie, którym ktoś założył klapki na oczy. Ich własne są puste, matowe, nieobecne. Część czuje, że coś jest nie tak, że czegoś zaczyna ubywać, brakować, ale nie ma dość odwagi, by unieść te przeklęte klapki. Nie ma dość poczucia więzi z naturą, ze światem. Nie ma potrzeby chronienia tego, co piękne, świeże, żywe, po prostu wyjątkowe.
I kiedyś niestety czeka nas to wszystko, co już dziś możemy zobaczyć w filmach. Fajnie się je ogląda, ale czy naprawdę chcielibyśmy zabijać się o resztki ze śmietnika? Chcielibyśmy polować na siebie nawzajem, kiedy zabraknie nawet jadalnych roślin? Jakichkolwiek roślin? Chcielibyśmy z tak rozwiniętych i zaawansowanych, runąć na somo dno? Naprawdę potrzebujemy znaleźć się nad krawędzią, żeby pojąć, czym grozi upadek? Lub wpaść do oceanu, żeby zrozumieć jak zimna jest woda?
Nie szukajmy nowych planet, na które moglibyśmy się przenieść. Nie będą w niczym lepsze niż ta, na której żyjemy teraz. Nie zapewnią nam niczego, co jest nam niezbędne. I nie wytrzymają, jeśli nie nauczymy się o nie dbać. Możemy skakać z jednego świata na inny, ale zawsze koniec będzie taki sam. Jeśli nie nauczymy się umiaru. Jeśli nie przestaniemy myśleć tylko o sobie, o swojej wygodzie i często zwyczajnych zachciankach, zawsze będziemy uciekać przed zagładą. Jej widmo będzie wisieć nad nami i przesłaniać słońce. Jeśli nie wstrzymamy się z budową, z nieumiarkowaną eksploatacją, doprowadzimy do ruiny to, co kiedyś było doskonałe. Chcąc zyskać jeszcze więcej i więcej, stracimy wszystko. A przecież nikt nie chce być bezdomnym. Nikt nie chce wędrować bez ustanku. Każdy chce mieć miejsca, do którego może wrócić. W którym czuje się bezpiecznie i jak w domu.
Uważamy, że możemy wszystko. Że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. Jak więc myślicie, jesteśmy w stanie ocalić Ziemię i siebie samych? Jesteśmy dość uparci, inteligentni, by ocenić siłę zagrożenia i podjąć środki, które pozwolą nam je pokonać? Jesteśmy dość silni, by zapanować nas własnymi słabościami? Czy może kolejny supermarket i kolejne dzikie wysypisko lepiej pasują do krajobrazu? Wolimy zapach kwiatów, czy smród śmieci zaściełających podwórko? Jesteśmy gatunkiem, który doceni kunszt i piękno natury, czy raczej wyrodnymi dziećmi, które za okazaną dobroć, rozszarpią niewinne serce matki?
Czasami żeby zrobić coś dobrego, wystarczy zaniechać czegoś złego. Czasami żeby zyskać, wystarcz nie sprzedawać.
