Poczułam i zabolało.
Znieczulenia więc szukałam,
i znalazłam swoje lekarstwo,
czemu więc i od niego chorowałam?
Świat mnie skrzywdził,
i ludzie skrzywdzili,
nie krzyknę jednak obelgi,
nie będę życzyć, by w podobnym bólu się pławili.
Nie chcę niczego dla nich,
lecz dla siebie.
Złagodzę ból innym,
zastąpię słabszy silniejszym,
mając nadzieje płonną,
że okaże się być weselszym.
Połączę krzywdę z rozkoszą,
nauczę się czuć pociąg do razów,
wiem, że to potrwa,
że obok przemknie wiele obrazów.
Ale znajdę sposób,
by cierpieć przyjemniej.
Każdy ma swoje sposoby na radzenie sobie z przykrymi zdarzeniami. A przynajmniej wielu z nas sądzi, że ma swój własny, co więcej skuteczny sposób. Lub próbuje go znaleźć. Albo też po prostu czeka, aż przygnębienie minie. Czasami wykorzystujemy muzykę. Środek doskonały, ale i bardzo groźny.
Najmocniej reagujemy na te bodźce, które dotyczą tych naszych zmysłów, z których korzystamy najczęściej, które są najmocniej wyczulone, rozbudowane. I tak zmysł słuchu, pobudzany w konkretny sposób, wpływa również na inne aspekty naszej osoby. Tak też muzyka, słowa, ton głosu, barwa, jego płeć, dźwięki, różne kombinacje tych czynników, mogą mieć na nas ogromny wpływ. Zbawienny, lub nieco zgubny. Wszystko jednak zależy od tego, jak i do czego wykorzystujemy ten wpływ. Z czym go łączymy. Praktycznie i teoretycznie.
Nikogo nie zdziwi, kiedy napiszę, że muzyką, ulubionymi piosenkami usiłujemy leczyć złamane serca, zawiedzione zaufanie, drobne i większe porażki zawodowe, życiowe. Często muzyka to nasz „apap”. Bez obaw można ją stosować nawet z innymi lekami. Często, kiedy jest nam smutno, źle, kiedy cierpmy, zakładamy słuchawki na uszy i puszczamy piosenkę. Często słuchamy tylko jednej, lecz niezliczoną ilość razy. W kółko odtwarzamy dźwięki, które uważamy za piękne, za wyjątkowe. Dźwięki, od których dostajemy dreszczy, które nas uspokajają, jak kołysanka, którą kochająca matka nuci swemu dziecku, jednocześnie lulając je kołysce, lub w ciepłych ramionach. W ten prosty sposób łączymy własny ból, własne nieszczęście z czymś, co jest dobre, co kojarzy nam się z przyjemnością. Z jednej strony to niedobrze, bo przez to później podświadomie dążymy do powtórzenia tego stanu.
Jasne, że możemy wysłuchać tej piosenki również wtedy, kiedy jest nam wesoło, ale wówczas ta sama piosenka brzmi inaczej. Stan emocjonalny każe nam odbierać ją w zupełnie odmienny sposób. I nawet, jeśli będzie się nam podobać, będzie to inny rodzaj. Będzie nam brakować tego poczucia, kiedy słuchaliśmy jej pełni żalu, przygnębienia. Niewykluczone, więc, że zaczniemy prowokować coś, co przypomni nam tamto uczucie. Niby bolesne, a jednak dziwnie przyjemne. Przez podobne zabiegi często stajemy się emocjonalnymi masochistami. I to by była ta negatywna strona terapii z wykorzystaniem siły zmysłów i wpływu czynników zewnętrznych na nie. Bo tak naprawdę żal, bądź nostalgia pojona odpowiednimi tonami wzrasta i „pięknieje”.
Może, więc, lepiej byłoby w chwilach rozgoryczenia posłuchać brzmień, które wcale nam się nie podobają? Które nawet przy dobrym humorze uważamy za okropne, i które szybko chcemy wyłączyć, zagłuszyć, zastąpić? Może w pierwszej chwili potęgując smutek piosenką, której nie cierpimy, wyłączając ją po kilku dźwiękach zmniejszymy ból? Oszukamy siebie. Dokręcając sobie śrubę, poluzujemy ją. Dokładając i karmiąc smutek, odchudzimy go szybko i łatwo, zaraz po tym, jak wyłączymy radio. Taka zmyłka. Zagranie taktyczne. Może dla kogoś, takie rozwiązanie miałoby sens.
Z drugiej jednak strony, tej pozytywnej ma się rzecz rozumieć, ten sam zabieg, często rzeczywiście pomaga. Smutna muzyka, spływa po smutnych strunach naszych emocji jak balsam. Jest jak olej, który pokrywa tłoki, dzięki czemu nie trą o siebie tak zawzięcie i nie kaleczą się wzajemnie. Smutek, jaki wywołują tony i melodie, łagodzi emocjonalne udręki. Umniejsza je, jakby rozrzedza. Zupełnie, jakby nasze cierpienie było kilkoma kroplami krwi, a muzyka szklanką wody. Gdyby było odwrotnie, woda nie miałaby znaczenia. Ale jeśli muzyka jest silniejsza, krew rozpłynie się w niej i szybko zniknie. A smutek, który nie kaleczy, jest smutkiem, który łatwo mija. Który nie zostawia za sobą przykrych wspomnień.
Łagodna, nostalgiczna muzyka, umniejsza siłę napięcia. Amortyzuje ciosy i niszczy ich echo. Pomaga szybciej dojść do siebie.
I to jest błogosławiony wpływ.
Podobnie z każdą inną rzeczą. Jeśli ktoś maluje, lepi z gliny, rzeźbi, śpiewa, pisze lub robi cokolwiek innego. Jeśli nauczy się łagodzić złe przyjemnym, jeśli wykorzysta ten proces umiejętnie, z korzyścią dla siebie, a bez szkody dla innych, z całą pewnością odnajdzie skuteczny sposób na to, by ukołysać i uśpić własne demony.
Niemniej zdaję sobie sprawę, że w teorii wszystko wydaje się być łatwiejsze. Dlatego to, jaki wpływ na nas będą mieć podobne „znieczulacze”, czy „antydepresanty” zależy tylko i wyłącznie od nas. Każdy musi dobrać składniki lekarstwa indywidualnie do własnych potrzeb. Na bazie własnych obserwacji, słabości, silniejszych punktów. Bo bywa, że to, co zdoła pokona tytana, często dla chuderlawego słabeusza, okaże się być prawdziwą „viagrą” energetyczną.
Osobiście nauczyłam się pokonywać przygnębienie obojętnością i kierowaniem uwagi na inne tory, jednak był czas, że pokrzepienie odnajdywałam w łagodnych, często kojarzących się ze smutkiem brzmieniach. Nauczyłam się, że najpierw poświęcając uwagę nawet temu, co nas kaleczy, wreszcie możemy dzięki zdobytej wiedzy pokonywać to, nie siląc się na nieludzkie wyrzeczenia. Często więc siła obojętności, bierze swój początek w skupieniu i wielkiej uwadze. Często to intensywność doznań, choćby przykrych, pokazuje jak się ich pozbywać, jak je łagodzić i obłaskawiać. Jak czynić je tylko delikatnymi ukłuciami.
Grunt to wiedzieć, co jest napisane na kartach księgi, którą sami jesteśmy.
