Zbudowałem dom,
jak przykazano mi surowo,
chcesz być mężczyzną, pytali.
Rusz więc palcem i dłonią,
nie tylko swą głową.
Spłodziłem syna,
jak rzekli, że to konieczne,
skoro chcę być mężczyzną,
muszę linię swą przedłużyć.
Ponoć to bezsprzeczne.
Zasadziłem również drzewo,
choć sam nie wiem z jakiej przyczyny,
lecz jeśli to czyni mnie mężczyzną,
nie spytam więcej o nic,
nie zrobię głupiej miny.
Ja zaś wilka zabiłem,
wielką bestię o ostrych zębach,
podołałem próbom,
których inny by się lękał.
Uczyniło mnie to mężczyzną.
Też coś.
Ja posiadłem setki kobiet,
bestie to zabójcze i zwodnicze,
jam jest więc prawdziwym mężczyzną,
z tegoż tytułu zatem,
na szacunek i poważanie liczę.
Znajomy zafrapował mnie własnym drążeniem w czeluściach, skrywających podobne definicje, precyzyjnie określające prawdziwego mężczyznę. Poruszając ten jakże tajemniczy i zarazem grząski temat, wzbudził tym mą wesołość.
Dlatego pytam się, kto i po co zadał sobie tyle trudu, żeby wymyślić coś tak prostego i śmiesznego jednocześnie, a przy tym tak poważnego i przytłaczającego, że znalazło to odbicie w sposobie myślenia człowieka? Definicja na prawdziwego mężczyznę? Poważnie? Toż to jak przepis na zrobienie dobrych gofrów.
Jak to rozpatrywać? Jak funkcjonowała logika tych, co zamknęli płeć męską w ciasnych okowach banalnych zasad? Może ktoś tak bardzo bojąc się różnorodności, odmienności, ktoś, kto nawet nie spróbował ogarnąć tego chaosu, ktoś, komu nie chciało się patrzeć na każdego indywidualnie, postanowił podzielić mężczyzn na dwie grupy. Na tych prawdziwych i całą resztę. Może ktoś z nich zadrwił. A może miała to być zmyślna manipulacja. Traktująca o tym, jak skutecznie wynieść jednych nad drugich. Bo o ile łatwiej jest wykonać te przykładowe trzy zadania i móc przypiąć sobie orderek, niż podjąć się zadań o wiele trudniejszych, bardziej niebezpiecznych, ale też wartościowszych? Tak, więc kierując się rzeczonymi zasadami można wnioskować, iż człowiek, który jedynie spłodził potomka, (co jak wiadomo często i bez starania wychodzi nad wyraz dobrze tudzież szybko), postawił dom (z tym, że zasada nie określa czy ma to być pałac w pełni umeblowany i wyposażony z opłaconym podatkiem za prąd, gaz itd., czy wystarczy tylko szałas, żeby na głowę nie lało, bo jak wiadomo dom, to dla każdego coś innego), i zasadził drzewo, (co też nie wymaga nadludzkich umiejętności). Człowiek taki będzie stał wyżej, w oczach własnych i sobie podobnych o tego, który może syna nie spłodził, może domu nie zbudował, może drzewa nie posadził, ale za to:
- traktował bliźnich tak, jak sam chciałby być traktowany
- brzydził się bezzasadną przemocą i haniebnymi postępkami
- szanował wszystko, co żyje (w tym także kobiety)
- ocalił komuś życie bądź oddał własne w obronie cudzego
- walczył za innych, przedkładając ich dobro nad własne
- hołdował myślą i czynem nieśmiertelnym wartościom i szlachetności
Chcą wspierać się w ocenie mężczyzny tymi prostymi kryteriami, tak właśnie przedstawia się sytuacja. Mniej wart jest ten prawy i uczciwy, niż ten, który zrobił sobie dziecko etc. A być może nawet ma całą gromadkę i nie troszczy się o żadne z potomków. Będzie, więc prawdziwym mężczyzną? Tak na logikę.
A może jednak był to pomysł samych mężczyzn? Może wyznaczyli sobie „nieludzko ciężkie” trzy zadania, by w oczach kobiet, (które należy przypomnieć i tak nie miały dawnej zbyt wiele do powiedzenia) urosnąć do rangi tytanów, herosów, a tym samym nie napracować się zbytnio. Bo powiedzmy sobie szczerze, to dosyć skromne jak na całe życie. No chyba, że prawdziwym mężczyzną jest się tylko na chwilę. Na chwilę jest to ważne i aktualne. Może to jak z zaliczeniem testu. Z biegiem lat nie ma on znaczenia, ale w szufladzie zawsze jest jakiś świstek potwierdzający nabytą umiejętność i w razie konieczności można nim komuś pomachać przed nosem.
I gdyby ktoś chciał mi zarzucić subiektywizm powiem, iż nie biorę pod uwagę tych, co nie dość, że wykonali rzeczone zadania, to jeszcze mają na koncie dużo innych, szlachetniejszych osiągnięć. Skanuję tych, co to pałają samouwielbieniem za absolutne minimum, czyli skrajnie skrajnych.
Inna wytyczna? Pokonanie bestii i sprostanie innym irracjonalnym i w życiu późniejszym kompletnie nieprzydatnym próbom. Ja się pytam, po jakiego diabła zabijać tego biednego wilka? Myślę, że o wiele więcej wysiłku, odwagi i umiejętności wymaga chronienie życia, obojętnie czyjego. I to jest najcięższą z prób. Odbieranie życia, nawet istotom pozornie groźnym, (bo jak wiadomo, nie ma niczego bardziej niebezpiecznego i zabójczego niż człowiek, oczywiście pomijając choroby zakaźne), to tak naprawdę żaden wyczyn. Gdyż tak, czy inaczej, wszystko co żyje, ma swoje słabe punkty a zatem istnieje skuteczny sposób, aby to zabić.
Jednak ze śmiercią jednej epoki i nadejściem kolejnej, zasady i wytyczne się zmieniają. Niemniej zawsze wyznaczniki są dość pretensjonalne i proste. Tak więc dzisiaj, prawdziwym mężczyzną może być tępak, który zalicza dziewczyny częściej, niż odwiedza swojego chirurga kobieta uzależniona od operacji plastycznych. I tak mężczyzną może być potencjalnie niebezpieczny szpaner, z wypasioną bryką, którą jednak potrafi jechać tylko do przodu. I tak prawdziwym mężczyzną może być rozpieszczony synek bogacza, któremu tatuś zafundował willę i ją opłaca, podczas gdy on sam ledwo radzi sobie z zawiązaniem sznurówek. Jak się okazuje, bardzo niewiele trzeba, by awansować w hierarchii mentalnej społeczeństwa, jak i niewiele trzeba by z niej spaść. I tak wrażliwy romantyk, zastanie określony facetem „bez nabiału” (jak mawia mój naprawdę inteligentny znajomy, którego pozdawiam)
. I tak wyśmieje się faceta, który szczerze zapyta swoją kobietę o to jak się czuje. Koleś, który zamiast z lwem na smyczy, pójdzie pobiegać z kundelkiem.
Nie twierdzę, że wszystkie wyznaczniki są złe. Ale do tych właśnie się przyczepiam, bo śmieszy mnie fakt, jakich banałów ludzie używają, chcąc podnieść sobie własną samoocenę, chcąc urosnąć we własnych oczach, kosztem innych. Czepiam się tych, którzy choć sami niewiele sobą prezentują, szkalują tych wspaniałych i wartościowych ludzi. Tych, co mają więcej w głowie i w sercu, niż często w portfelu.
W końcu mam do tego prawo, prawda?
Niemniej myślę, że nie powinno się tworzyć zasad, na podstawie, których określa się prawdziwego mężczyznę, czy kobietę, bo zważając na naszą różnorodność, realne możliwości i predyspozycje, nie ma to większego sensu. A jedynie stwarza niepotrzebne podziały, na wrogie sobie obozy. Generalizowanie może i miałoby rację bytu, ale tylko wówczas gdybyśmy byli tworzeni taśmowo, jak lalki Barbie. Gdybyśmy wyglądali, myśleli, czuli, zachowywali się tak samo. Co jak każdy dość rozumny człek wie, jest po prostu nierealne.
I drodzy panowie, nie próbujcie zwalić winy tylko na nas – kobiety. Gdybyście już chcieli oponować, odpierać moje zarzuty, tudzież bronić się wszelkimi dostępnymi środkami. Proszę nie sugerujcie się też zdaniem setki kobiet z anonimowej ankiety, które określiły ideał prawdziwego mężczyzny na podstawie materialistycznych podszeptów własnej niedoinformowanej duszy. Na domiar złego popędzanych świadomością, że za chwilę padnie inne pytanie z dziedziny, która jest im lepiej znana – Np. zakupy . Bo prawda wygląda często inaczej. Jasne, że fajnie byłoby mieć faceta, który nie podkradałby nam złotówek na piwo, a który wręcz odwrotnie, czasami zaprosiłby na kolację. Taką romantyczną nadmienię. Fajnie byłoby mieć faceta, który obroniłby nas w razie potrzeby, zapewnił bezpieczeństwo. Ale nie przy użyciu, bazuki, a własnych ramion. Który potrafiłby obłaskawić niedźwiedzia, ale nie wzdrygałby się też na myśl o pogłaskaniu szczeniaka.
Wydaje mi się, że w głębi duszy każda z nas ma delikatnie nakreślony zarys wymarzonego faceta, ale nie gotową i żelazną definicję. I zaryzykuję, iż nie jest on tylko sumą materialnych oczekiwań. Nawet jeśli się do tego nie przyznajemy, nie chodzi nam tylko o zabezpieczenie finansowe i możliwość pochwalenia się najprzystojniejszym facetem na ziemi. Bo wbrew pozorom marmurowy posąg jest super, pod warunkiem, że nie musisz się do niego przytulać i nie oczekujesz, że się odwzajemni. W kobiecej główce tkwi więcej, mniej oczywistych aspektów w tej kwestii.
Dlatego apeluję, panowie nie dajcie się zamknąć w ciasnych ramach ograniczeń i sami się w nich nie zamykajcie, bo określenie samego siebie jednoznacznie i w kilku prostych słowach dla cudzej satysfakcji, wcale nie uczyni was wartościowszymi ludźmi, a już z całą pewnością nie będziecie od tego szczęśliwsi. Po co myśleć: „nie zrobiłem tego i tego, więc nie jestem prawdziwym mężczyzną”, po co się dręczyć?
Ogólnie rzecz biorąc, stereotypy są dla tych, którzy nie potrafią, albo są zbyt leniwi, żeby myśleć samodzielnie. Żeby podejmować wysiłki odszukania na własną rękę tego ideału.
Trzeba też zrozumieć, o co w tym chodzi, ale to już temat na inną notkę.
Tak czy inaczej wydaje mi się, iż jedyną zasadą jaką być może powinniśmy wymyślić i którą się przejmować, a która odnosiłaby się do obu płci to taka: jak żyć, postępować, jakim być człowiekiem, by móc nazwać się prawdziwie ludzkim i być z tego dumnym.
Kłaniam się nisko wszystkim tym, którzy wiedzą, co ignorować, a czemu przyklasnąć, żeby ułatwić sobie życie, nie utrudniając go innym
